Kilka punktów z okazji liczby 23

Dodano 13 czerwca 2017, w Bez kategorii, przez Linka

Mój 23 tydzień zamknął się w kilku punktach:

Wzruszenia
Nic na tą przypadłość nie mogę poradzić.  Będąc w ciąży moje wzruszenia mają mega moc.
Słyszę w radiu jakąś smutną piosenkę – mam łzy w oczach.
Z dworu dobiega odgłos karetki pogotowia – płakać mi się chce, wiedząc,  że komuś dzieje się krzywda.
Oglądam jakiś film – oczy wilgotne.
Malutka śpiewa mi piosenkę – płaczę…

Ostatnio byliśmy w przedszkolu na Dniu Mamy i Taty. Trzymałam się nieźle,  chociaż już na samym początku wystąpień był moment krytyczny pod względem wzruszenia. Ale dałam radę. I tak dawałam radę do momentu,  w którym dzieci ruszyły z laurkami do swoich rodziców.  Gdy Malutka do nas podeszła,  byłam już cała zaryczana. Nie byłam w stanie nic powiedzieć,  tylko ruszyłam ustami bezgłośnie wymawiając słowo „dziękuję „. Dałam jej buziaka, a potem dyskretnie próbowałam powycierać policzki od łez.

***

Krwotoki z nosa
Był taki jeden dzień,  co dwie bluzki zapaćkałam krwią. Siedziałam akurat na działce  (w cieniu) z głową pochyloną w dół.  Grzebałam coś w telefonie i ni stąd ni zowąd zobaczyłam na mojej białej bluzce na wysokości biustu takie wielkie czerwone kropki. Poleciałam do łazienki, gdzie dość długo było kap kap kap i krwotoku nie mogłam zatamować . Wreszcie  udało się.  Jednak tego dnia sytuacja powtórzyła się jeszcze dwa razy.

***

Zgaga
Łapie coraz częściej.  Nie jest to przyjemne. Tabletki na zgagę jeszcze nie brałam i mam nadzieję,  że nie będę musiała jej brać.

***

Skurcze
W weekend spaliśmy na działce i przeciągając się w łóżku poczułam,  że zbliża się pierwszy w tej ciąży skurcz. Od razu przestałam się przeciągać i palce przy stopie uniosłam do góry.  W ten sposób zahamowalam skurcz, który de facto nie zdążył się  rozwinąć.  Więcej skurczy już nie było,  a ja profilaktycznie staram się ich unikać.

***

Wzrok
Czasami mam wrażenie,  że gorzej widzę. Nic z tym nie robię i mam nadzieję,  że ten dziwny stan minie.

***

Pogoda
Jest ciepło.  Chodzę w krótkich spodenkach i bluzkach z krótkimi rękawkami.  Uwielbiam tak się ubierać i uwielbiam taką pogodę.  A to, że przy okazji eksponuję mój wydatny brzuszek to dodatkowy plus. Czasami mam zwałę z osób mijanych mnie na ulicy, bo widzę jak mój korbolek przyciąga ich wzrok niczym magnes. A ja wtedy pękam z dumy…

***

Owoce
Nareszcie zaczyna się sezon na owoce.  Mój mąż wciąż wspomina, jak o północy pytałam się go, czy by nie pojechał do sklepu po nektarynkę… Tylko wtedy to jeszcze była zima…

***

Stopy
Mam dziwnie gładkie stopy. Kompletnie nic z nimi nie robię, a one są tak delikatne,  jak u niemowlaka. To taka kolejna przypadłość ciążowa.

***

Mąż
Najkochańszy na całym świecie. Jest cudowny i taki do mnie wyrozumiały.  Jestem prawdziwą szczęściarą,  że go mam. Szkoda tylko, że ostatnio jest taki zmęczony pracą i wyraźnie wyczerpany z sił.  Robię,  co mogę, aby mu pomóc,  ale w sumie, co ja mogę zrobić…

***

Córka
Jak dobrze,  że jest. Uwielbiam się do niej przytulać i czuć jej zapach. Uwielbiam słuchać,  jak śpiewa i patrzeć jak tańczy. I wreszcie uwielbiam jej uśmiech – taki bezinteresowny,  piękny i taki prawdziwy.

***

Marzenia
Chciałabym, aby Kruszynka urodziła się zdrowa i wszystko było w porządku. Wtedy będę miała już wszystko.  Będę spełnioną mamą i żoną. I będzie cudnie….

Nerwowy tydzień

Dodano 30 maja 2017, w Bez kategorii, przez Linka

Jak ten czas szybko leci – to już 22 tydzień! Ostatnie 2 tygodnie minęły mi niesamowicie szybko. To chyba przez piękną pogodę i dobre samopoczucie.

Zakończenie przedszkola przez Malutką zbliża się wielkimi krokami, aż płakać mi się chce, gdy o tym pomyślę.  Moja mała córeczka jest już tak duża,  że niedługo pójdzie do szkoły. Ostatnio wróciła z przedszkola z nową piosenką.  Jak zwykle padło pytanie:
- Zaśpiewać ci mamusiu?
- Zaśpiewaj…
To była piosenka na zakończenie przedszkola i w jednym momencie moje oczy zostały zalane łzami. Taka oto jestem wrażliwa i wzruszam się mega szybko…

W tym tygodniu znowu poszłam na badanie krwi, bo to tsh mi wciąż świruje. Tym razem tsh i fT4  (w zeszłym tygodniu omyłkowo zrobiłam fT3 ) wyszły dobrze, w normie. Sama już nie wiem, co i jak… Na razie odpuszczam temat i za jakiś czas znowu dam się pokłuć. No i wtedy zobaczymy, albo będzie dobrze, albo będzie wizyta u endokrynologa…

22 tydzień to także wizyta u lekarza. Brrr… AŻyczę mną zatrzęsło…

W czasie wizyty standard:

- Dzień  dobry.

- Dzień dobry.

- Ble, ble, ble….  Zapraszam do badania.

- A nie może być tylko usg?

- Nie.

Stanowcze „nie” kończy rozmowę. Potem jeszcze tylko moje blaganie:

- Tylko proszę delikatnie…

Zawsze słyszałam zapewnienie, że będzie delikatnie,  ale tym razem :

- Żadnej delikatności! W żadnym wypadku!

No dobra, jakoś przeżyłam. Teraz usg. I tu pojawił się problem.  Serduszko mojej Kruszynki słabo biło. Musialam wstać z leżanki, potem z powrotem się położyć,   przekręcić się na prawo, potem na lewo i znowu badanie. Tym razem serduszko lepiej biło, ale strachu się najedliśmy.

Być może leżąc na plecach została uciśnięta pępowina i osiągnęliśmy taki przykry efekt. Miejmy nadzieję,  że tak właśnie było. Tymczasem mam starać się nie leżeć na plecach, tylko na boku.

Poza tym mam morfologie kiepską, co przyczyniło się do tego, że teraz biorę okropne tabletki Biofer 2x dziennie. Niby nie są duże,  ale po połknięciu, bardzo długo czuję je w przełyku,  jakby tam się zatrzymały. Głupie i nieprzyjemne uczucie. Dlatego teraz łykam je w czasie jedzenia i jest lepiej.

Wizyta minęła  (uff…) i cały miesiąc mam spokoju. Dostaliśmy płytkę cd z obrazem usg, ale niewiele na niej widać.

Teraz mogę się cieszyć z pięknej pogody i długiego spokoju od nerwów poprzedzających wizyty u lekarza. Nie cierpię lekarzy!

Z innej beczki: dodatkowych nerwów nabawiłam się w związku z wizytami gości u nas. Otóż jak co roku był problem z przyjęciem gości, a właściwie nie tyle z ich przyjęciem, a po prostu z ich zaproszeniem.  I jak co roku (z tym, że tym razem zdecydowanie mocniej) czułam się,  jakbym robiła wszystkim kłopot. Wiem, że wypada ich zaprosić na kawę,  ale jest to tak sztuczne i tak bardzo w nie-w-czasie,  że prawie każdemu w tym roku nie pasowało do nas przyjść.  Goście przychodzili wiec na raty, a ja uparcie czułam się,  jak WIELKI POWÓD MARNOWANIA CZASU.

Trochę to skomlikowanie napisałam,  ale znów się cieszę,  że ten czas jest za mną. I na cały rok mam spokój…

Rosnę w oczach

Dodano 23 maja 2017, w Bez kategorii, przez Linka

21 tydzień… Hohoho… Piękna pogoda dopisuje na dworze i w moim sercu  :lol:

Policja

Ostatnio jechałam samochodem i zatrzymała mnie policja na kontrolę.  Mimo,  że mam prawo jazdy już 10 lat, stało się to pierwszy raz. Dałam pani policjantce wszystkie dokumenty,  po czym grzecznie czekałam,  aż wróci ona z radiowozu. W tym czasie zadzwoniłam do męża,  aby powiedzieć mu,  co mi się przytrafiło. Mąż z Malutką  akurat wracali z działki rowerami, a ja autem, no bo ciąża…

Dokumenty szybko zostały mi zwrócone i mogłam jechać dalej.  W domu czekałam na moich rowerzystów, aż nagle drzwi się otworzyły i wleciała do mieszkania przerażona Malutka. Rzuciła mi się na szyję, znosząc się płaczem i później nie odstępowała mnie na krok. Okazało się,  że mąż-żartowniś nastraszył córcie,  że policja mnie aresztowała.  Podobno wtedy Malutka zaczęła co sił w nogach pedałować,  aby mnie obronić.  Zaczęła wyzywać policję,  że co oni sobie myślą,  że to jest jej mamusia i nic złego nie zrobiła.  Poza tym zaczęła się martwi o siostrę.
- A co z siostrą?  – spytała.
- No urodzi się – odpowiedział mąż.
- W więzieniu? !
Malutka była zdruzgotana i przez jakiś czas nie mogła wybaczyć swojemu tatusiowi,  że tak z niej zażartował.

Dało mi to do myślenia,  jak bardzo ona mnie kocha i jak bardzo jest związana już ze swoją jeszcze nienarodzoną siostrą.  Cudowna mała osóbka z wielkim serduszkiem…

Zgaga
Jest. Oczywiście,  że jest. Na szczęście przeważnie tylko wieczorem, jak położę się do łóżka. W innym czasie mi raczej nie dokucza.  Oczywiście piszę,  że raczej, bo zdarza się,  iż w trakcie dnia proszę męża, by dzwonił po straż pożarną, by ugasić ten ogień w przełyku… Ale ogólnie rzecz biorąc jest dobrze.

Brzuszek 
Rośnie i rośnie.  Zaokrągla się duży,  okrąglutki, że aż strach. Czasami mnie swędzi,  skórę mam napięta i rzeczywiście istnieje ryzyko wybuchu rozstępów.  Codziennie smaruję skórę kremem pharmaceris.  Krem jest rewelacyjny pod względem wchłanialnosci, zapachu i wyglądu.  Czy jest skuteczny? Okaże się później.
Dziwną przypadłością jest zawadzanie nienaturalnie wielkiego brzucha. Otóż nie jestem przyzwyczajona do wystającego brzuszka, wobec tego zdarza mi się po prostu zahaczyć nim, gdy przechodzę przez wąską przestrzeń.  Zahaczam brzuchem o krzesło,  o drzwi od szafki i to nie jest przyjemne.  Muszę się bardziej pilnować.  Widocznie jeszcze nie mam świadomości bycia w ciąży.  Te starania zbyt długo trwały…

Malutka kopie. Brzuch mi podskakuje. Martwię się jednak tym, że kopie mnie bardzo nisko. Wydaje mi się, że Malutka nie kopała aż tak nisko jak Kruszynka. Teraz odczuwam kopniaki dosłownie na ranie po cesarce. Zdarza się, że kopie wyżej (koło pępka), ale głównie to właśnie tak na dole… Sama nie wiem, czy to normalne, czy mam jakiś powód do zmartwień…

Ból głowy 
Zdarza się.  Ale i tak w ciąży z Malutką było gorzej. Czasami nie wytrzymam i wezmę apap,  ale na ogół staram się zwalczyć ból innymi metodami.

Badania krwi 
Byłam,  zrobiłam i nawet nie wymiotowałam będąc na czczo. Strachu było co nie miara,  jak to u mnie, ale  chyba byłam miła do tej jędzy,  co mnie atakowała igłą i nie narobiłam mężowi wstydu. Powinien być ze mnie dumny. Po południu poszłam z Malutką odebrać wyniki. Tsh nadal jest za niskie.  Sama już nie wiem, co mam dalej z tym robić.  Znowu endokrynolog?
Mocz w normie, za to morfologia w 7 punktach jest poza normą.  Wszystko wskazuje na anemię (wg dr Google’a).

Słońce w naszej rodzinie

Dodano 19 maja 2017, w Bez kategorii, przez Linka

Kilka dni temu zrobiłam sobie zupkę pomidorową z paczki. Tak, wiem… Nie powinnam tego świństwa jeść… Ale miałam ochotę i dyskusji żadnej nie było. Zjadłam całą ze smakiem, naprawdę bardzo mi smakowała. Gdy skończyłam jeść, minęło może kilka sekund i… talerz znów był pełen! Wystarczyły tylko 2 „hausty” w drugą stronę i było po wszystkim. A już myślałam, że wymioty mi minęły  :lol:

Poza tym 20 tydzień mojej ciąży minął spokojnie, z dobrym samopoczuciem, z pięknie rosnącym brzuszkiem, z codziennym smarowaniem go kremem i wyczuwaniem małych kopniaków. Ale ja się cieszę, że znów będę mamą takiej małej Kruszynki… Malutka też jest cudowna, bo dba o mnie, głaszcze mój brzuszek i co chwilę mówi o tym, że chciałaby, aby siostra już się urodziła.

Teściowie jak zwykle sceptycznie podchodzą do nas (jako rodziny). Są daleko w sensie mentalnym i ewentualnej troski. Nie pytają się o nas. Nie obchodzi ich, jak sobie radzimy. Co mnie najbardziej boli, nie myślą w ogóle o Malutkiej… Jedynie na co zwracają uwagę to ich problemy. Dzwonią do męża tylko z nakazem (nie prośbą) o zrobienie dla nich czegoś natychmiast (bo przecież mąż nie ma w ogóle problemów, tak jak oni i mąż ma dużo wolnego czasu, nie tak jak oni). A to trzeba przeciąć coś piłą (natychmiast ma przyjechać i to zrobić), wystawić faktury, zapłacić rachunki (w tej chwili! To musi być dzisiaj zapłacone!!!), a jak mąż do teścia dzwonił w sprawie porady (samochód się zepsuł i zastanawiał się, czy trzeba to natychmiast naprawiać), to teść włączył od razu swój telefon na głośnomówiący i przy bracie rozmawiał w taki sposób, aby wyśmiać męża. Wtedy mąż wrócił do domu tak wkurzony, że szkoda gadać… Przykro mi, że tak się porobiło. I to wszystko w tym roku… Przedtem to byli super ludzie, lepszych teściów mieć nie mogłam, a teraz trudno mi patrzeć na męża, który sam nie rozumie, co się z nimi dzieje…

Na szczęście mamy siebie. Mamy wspaniałą rodzinę. Mąż, córka, druga córeczka i ja – to więź nie do przerwania. Kochamy się, wspieramy, jesteśmy razem w każdej sytuacji i nigdy się nie rozstaniemy. Mam nadzieję, że nigdy nic nie popsuje naszych stosunków rodzinnych. A relacje między nami będą lepsze niż na przysłowiowym „zdjęciu rodzinnym”. I tak jak na dworze świeci słońce, tak u nas w domu jest cały czas słonecznie  :-)

Otagowane:  

Pamiętam kiedyś, pamiętam dziś

Dodano 4 maja 2017, w Bez kategorii, przez Linka

Nasza Kruszynka kopnęła tatusia. Wreszcie mąż wyczuł wieczorną gimnastykę córeczki. Wczoraj po południu Kruszynka też się rozszalała i zawołałam Malutką, aby przyłożyła rączkę do mojego brzucha. Mimo tego, że 3 razy centralnie w jej rączkę kopnęła i to dosyć mocno, to Malutka nie wyczuła. Trudno, będzie trzeba z tym poczekać. Ale Malutka wciąż mnie ostatnio zadziwia. Zrobiła się bardzo opiekuńcza w stosunku do mnie i na dodatek głaszcze mój brzuch i rozmawia z siostrą. Bardzo się cieszy, że będziemy mieć w domu taką Kruszynkę i co chwilę pyta się, czy jako starsza siostra będzie mogła nauczyć ją tego i czy owego… Poza tym nie może się doczekać, aż w końcu się urodzi. Tak jak ja…

W 19 tygodniu ciąży wymioty nadal występują, ale bardzo sporadycznie. Może dwa razy w tym tygodniu się zdarzyło… Poza tym czuję się dobrze, chociaż jestem śpiąca i nie mam energii – ale to może przez pogodę.

Majówka minęła chłodno i wietrznie. Pogoda nie była wymarzona.

Moje samopoczucie przez ostatnie tygodnie jest wyśmienite. Czuję się naprawdę szczęśliwa. Jestem w ciąży, mam cudowną córkę, wspaniałego męża i niczego mi w tej chwili nie brakuje. Bardzo doceniam to, że udało mi się zajść w ciążę. Codziennie dziękuję za to Bogu. I pamiętam, jak było trudno… Pamiętam te wszystkie łzy, dni załamania i zrezygnowania. Jak mogę wspieram inne dziewczyny, których historie są tak bardzo podobne do mojego życia. I wierzę, że im też się w końcu uda. Niech tak będzie, bo każda z tych dziewczyn zasługuje na to, by być matką. Kochają swoje dzieci długo przed ich przyjściem na świat. Walczą o nie swoim zdrowiem psychicznym i fizycznym. Wydają masę pieniędzy dla swojego dziecka, choć go jeszcze nie ma na świecie. Cierpią, ale mimo wszystko wierzą. Tak jak ja… kiedyś i dziś…

Całkiem miły tydzień :)

Dodano 28 kwietnia 2017, w Bez kategorii, przez Linka

18 tydzień ciąży był całkiem znośny… Zaczął się hucznie, bo byliśmy na tańcach. Było głośno od muzyki, ja czułam się dobrze i nawet sporo tańczyłam. Sama byłam zaskoczona tym, jak zniosłam cały wieczór aż do drugiej w nocy.

Poza tym to nie wymiotowałam (dziś stał się wyjątek  :-?). Przez cały tydzień czułam się dobrze. Nawet ugotowałam obiad, chociaż była to ciężka dla mnie praca. Przy przygotowywaniu i smażeniu mięsa musiałam wstrzymywać oddech, bo mi zwyczajnie śmierdziało  :lol:.

W końcu zabrałam się też za PITy. Jak zwykle na ostatnią chwilę, ale nareszcie mam to z głowy.

Pogoda jest nieciekawa. Zimno i deszczowo. Mam nadzieję, że majówka będzie lepsza.

Aha! Zapomniałam o najważniejszej rzeczy w tym tygodniu. 24 kwietnia podczas kolacji po raz pierwszy poczułam ruchy naszej Kropeczki. Od tego momentu codziennie je czuję. Czasami są to takie mocne „żgania”, ale częściej czuję takie delikatne poruszanie i rozpychanie się. To jest takie cudowne uczucie!  :-D Nawet teraz trudno mi jeszcze uwierzyć, że to dzieje się naprawdę, że naprawdę jestem w ciąży i to już prawie na półmetku…

Wielka tajemnica rozwiązana

Dodano 21 kwietnia 2017, w Bez kategorii, przez Linka

No to już wszystko wiemy!!! Znamy płeć naszej Kropeczki!!! To dziewczynka :-)

Wczoraj byliśmy u lekarza. Nasza Kropeczka ma się dobrze, jest zdrowa, waży 170 g i na pewno będzie to dziewczynka. Bardzo się cieszę, znów będę mogła ubierać sukieneczki, stroić ładnymi spineczkami i robić cudne kiteczki :-) Malutka też cieszy się z siostrzyczki :-)

Podczas badania Kropeczka siedziała w moim brzuchu po turecku ze skrzyżowanymi nogami :-)

A jak się czuję? Było dobrze, ale wczoraj trochę zwymiotowałam w czasie jazdy samochodem i dziś rano przed śniadaniem też. Tak więc nie ma żadnej reguły, kiedy jest dobrze, a kiedy nie. Wszystko zależy od chwili…

Trwa właśnie 17 tydzień ciąży i z niecierpliwością czekam na pierwsze kopniaki Kropeczki :-)

Zdrowotnie dobrze

Dodano 18 kwietnia 2017, w Bez kategorii, przez Linka

Cichy konflikt, niezrozumienie bądź brak chęci rozmowy ze strony teściów trwa. Może nawet zaryzykuję stwierdzenie – pogłębia się. Widzę, jak mąż się z tym męczy. Mnie to chwilowo przerosło i przestałam o tym myśleć i zaczęłam to lekceważyć. Z dystansem (ogromnym dystansem) do nich podchodzę. Może nawet za bardzo, bo na siłę się nie uśmiecham i może chwilami wyglądam na obrażoną lub wkurzoną. Chyba z daleka wysyłam sygnały: NIE ODZYWAJCIE SIĘ DO MNIE, BO WAM ODSZCZEKAM. Dopóki ktoś mi na piętę nie nadepnie, to dużo jetem w stanie znieść, ale jeśli już coś takiego nastąpi albo jeśli ktoś „zaatakuje” moją rodzinę, to nie ręczę za siebie…

A teraz temat przyjemniejszy… CIĄŻA… Moja ciąża…

16 tydzień minął spokojnie. Już się w miarę dobrze czuję. Nie wymiotuję (no może sporadycznie). Jedynie, co mi przeszkadza, to ogromne osłabienie i czasami bóle głowy. Poza tym brzuszek już mi rośnie, coraz bardziej  :lol: Z miłością i wielką dumą patrzę na takie ogniki w oczach mojego męża wpatrzonego w mój brzuszek i wiem, że to jest jeden z powodów, dla których walczyłam tyle lat. Przez rosnący brzuszek swędzi mnie skóra na nim. Smaruję się kremem przeciw rozstępom, ale i tak coś tam nieciekawego się pojawia. Przede wszystkim drobne rozstępiki wokół pępka z pierwszej ciąży się odnowiły. Nie chcę, żeby się pogłębiły, ale nie przeszkadza mi to, bo wolę mieć dziecko i te rozstępy, niż dziecka nie mieć.

Już nie mogę się doczekać, aż wezmę w ramiona moje maleństwo…

 

Otagowane:  

Raz lepiej, raz gorzej

Dodano 12 kwietnia 2017, w Bez kategorii, przez Linka

15 tydzień mojej ciąży był znośny. Czułam się w miarę ok. Wymioty się zdarzają, ale ogólnie dokucza mi teraz słaaaabość.

W ten mój „dobry dzień” pojechaliśmy do nieco większego miasta na zakupy. Kupiliśmy parę potrzebnych rzeczy, w tym buty (adidasy dla mnie i dla męża). Co prawda w tym roku nie pojeździmy sobie na rowerach, jak to zwykle bywało, ale w nowych adidaskach zawsze najwygodniej…

W czasie przechadzki po centrum handlowym zaczęło mi być dziwnie. Otóż wokół mnie zrobiło się głucho, obraz pociemniał i zaczął się kołysać, w jednej chwili pot oblał moje ciało i każdy kolejny krok był dla mnie coraz większym wyczynem. Na szczęście tuż obok były stoliki i krzesełka. Usiadłam i od razu zaczęłam się rozbierać, bo czułam jak całe plecy i kark mam mokre. Po chwili doszłam do siebie, ale gdyby nie to krzesło, to zemdlałabym zupełnie.

Atmosfera w domu jest cudowna. Cudowny mąż. Cudowna córka. I cudownie rosnący brzuszek.

Szkoda tylko, że teściowie są jacyś dziwni. Przez te wszystkie lata naszego małżeństwa byli ok. Jeździliśmy do nich na kawę raz, czasami dwa, a nawet i trzy razy w tygodniu. Siedzieliśmy, rozmawialiśmy, oni opowiadali różne rzeczy, mieli do nas zaufanie i my raczej do nich też. Jedyną rzeczą o czym im nie mówiliśmy, to te nasze heroiczne starania o powiększenie rodziny. Jak wiadomo w grudniu co nieco im powiedzieliśmy, no i zaczęły się schody w naszych kontaktach. A już na pewno olbrzymie schody pojawiły się w lutym, gdy powiedzieliśmy im o ciąży. Od tego czasu my do nich nie jeździmy, bo przecież ja tyle czasu musiałam leżeć, a teraz już nie leżę, ale i tak się słabo czuję, więc nie jedziemy. Oni do nas też nie jeżdżą. Mają nas totalnie w nosie!!!

A gdy już się spotkaliśmy, bo zaprosiliśmy ich na działkę, na kawę, to przyjechali. Ale z łaską. Nawet kawy nie wypili. Chwilę posiedzieli, lody przywieźli, więc je zjedliśmy. Pytanie o to, jak się czuje padło na początku, ale w formie pytania retorycznego. Nawet nie chcieli słuchać odpowiedzi, więc odpowiedziałam, że „dużo by opowiadać”. Temat od razu został zmieniony przez teściową i już więcej nie wrócono do mojej ciąży. Poza tym wkurzyłam się, bo zaczęli opowiadać, że teraz wszyscy są w ciąży, bo wszyscy chcą dostać 500+. Jak byli w kościele, to widzieli ta jest w ciąży, tamta jest w ciąży i jeszcze tamta i tamta… Wkurzyłam się na maksa, aż po prostu bez słowa wyszłam, żeby się uspokoić i nie palnąć jakiegoś słowa za dużo. Od razu wszystkich wrzucili do jednego worka, że każdy chce mieć dziecko tylko i wyłącznie dla pieniędzy. A prawda jest taka, że ja kicham na te pieniądze, bo chce mieć dziecko, a nie te pieprzone pisowskie 500zł. A poza tym wysyp ciąży jest w ich oczach, bo ciężarne kobiety jesienią i zimą chowały swoje brzuchy w kurtkach zimowych, a teraz jest ciepło i nie trzeba tego robić. Co roku tak jest. Ja doskonale o tym wiem, bo wiele razy wychodząc wiosną i latem do miasta, wracałam do domu z płaczem, bo tyle tych ciężarnych naliczyłam. Nie mówię, że nie istnieje jakiś odsetek ludzi, co kuszą się na te pieniądze, ale na litość boską to jest patologia, bo kto normalny chce mieć dziecko tylko i wyłącznie na miesięczny dochód 500zł.

Generalnie po tym spotkaniu byłam wnerwiona na maksa. Jak się uspokoiłam i wróciłam do nich, to oni już szli do domu, więc traktowali to nasze zaproszenie na kawę jako obowiązek do spełnienia? Jakiś punkt do odhaczenia? Zło konieczne? Nie rozumiem.

Mi jest ciężko i nie mogę się z tym pogodzić, a co dopiero ma powiedzieć mój mąż? On chce być wobec nich ok, ale sam widzi, że są bardzo niesprawiedliwi do nas. Widzę, jak cierpi.

Otagowane:  

Zakupy i endokrynolog

Dodano 3 kwietnia 2017, w Bez kategorii, przez Linka

14 tydzień zaczął się fatalnie. Pierwszy dzień tego tygodnia spędziłam w łóżku (z przerwami na wymiotowanie w łazience) non stop śpiąc, borykając się z okropnymi tego dnia nudnościami i czekając aż ten dzień się w końcu skończy! To był naprawdę bardzo ciężki dzień.

Ale potem było już lepiej. Po fatalnej sobocie przyszła miła i spokojna niedziela. Pojechaliśmy na działkę, trochę pooddychałam świeżym powietrzem i tak dziwnie dobrze się czułam. Kolejny dzień też był dobry (wymiotowałam może ze 2 razy, ale to były takie incydenty, po których już dobrze się czułam). Tak więc do końca 14 tygodnia czułam się wręcz rewelacyjnie. Zdecydowanie gorsze są poranki, w których walczę z nudnościami i albo się zwymiotuję przed śniadaniem, albo nie. Później jest dobrze i niekiedy wieczór też bywa kiepski, ale ogólnie naprawdę jest dobrze!!!

Aż boję się uwierzyć, że te nudności i wymioty mijają…

***

Brzuszek nie mieści mi się w normalnych dżinsowych spodniach. Chyba mąż guziki mi poprzestawiał albo spodnie skurczyły się w praniu… Przyszedł więc czas wybrać się do sklepu na zakupy. Pewnego pięknego dnia, gdy czułam się rewelacyjne (nawet tak, jakbym w ogóle nie byłam w ciąży) poszliśmy z mężem do jedynego takiego sklepu w naszym mieście. Jest to sklep w centrum, z odzieżą dla pań w rozmiarach XXL i większych oraz dla pań ciężarnych. Głupio mi było wejść do sklepu, nad którym widniał wyrazisty szyld: „PANI PUSZYSTA”.  Ale weszliśmy. Na szczęście pani w sklepie od razu zorientowała się, że szukam spodni ciążowych i nie musiałam długo dukać po co przyszłam…

Przymierzyłam chyba z 10 par. Żadne na mnie nie pasowały. We wszystkich czułam się jak w worku. Przede wszystkim nie było mojego rozmiaru. Najmniejsze były S, a i one były na mnie za duże!!! Jedynie, co kupiłam to legginsy. Tylko to na mnie pasowało i nie czułam się w nich jak wieloryb.

Wobec tego odebraliśmy Malutką z przedszkola i od razu wpakowaliśmy się do samochodu. Pojechaliśmy do nieco większego miasta i tam znowu poprzymierzałam ileś spodni i jedne udało mi się kupić. Drugie wzięłam krótkie spodenki. Choć jeden i drugi zakup nie jest moim ideałem, to jednak w czymś muszę chodzić. Jak nadal będę się dobrze czuć, to może wezmę maszynę do szycia i nieco zwężę długie spodnie, a krótkie trochę bardziej skrócę.

***

Gotować obiadów nadal nie mogę. Jakoś wciąż odrzuca mnie kuchnia. Dlatego moi rodzice dbają o to, abyśmy od poniedziałku do piątku mieli normalny obiad. W weekend radzimy sobie sami. Czasami ugotuje nam coś babcia męża, a czasami mąż coś skombinuje. Jestem wdzięczna wszystkim za każdą pomoc, a to jest dla mnie ważne, aby Malutka miała w domu normalny obiad. Wcześniej  ja gotowałam i z dnia na dzień przestałam. Dzięki moim rodzicom, Malutka nie odczuła tak mocno tej zmiany i paraliżu w domu.

A jak nadal będę się tak dobrze czuć, to może znów wrócę do gotowania. Kto wie?…

***

Rozczarowanie. To uczucie też jest. Coraz częściej wydaje mi się być błędem opowiedzenie o wszystkim moim teściom. W grudniu przed moją operacją nastąpiła chwila szczerości i żałuję. Żałuję, że dowiedzieli się o naszych starania. A jeszcze bardziej NIE ROZUMIEM ich teraźniejszego zachowania.  >>>> Nie interesują się nami. Nie pytają, jak sobie radzimy, jak się czuję, jak Malutka. Nie pytają, czy nam w czymś pomóc. >>>> Co więcej, są na nas źli. Źli???? Tak, że nie przyjeżdżamy, że nie interesujemy się ich problemami (a mają ich dużo, bo przecież tyle sprzątania jest na dworze i w domu, że jeszcze babcią się zajmują – to są przecież problemy, a nie złe „samopoczucie” ciężarnej). >>>> A najgorsze jest to,  iż myślą, że ta ciąża to nasza zachcianka, głupia zachcianka. Oni mają już czworo wnuków, nie potrzebują więcej. A my uparliśmy się na dziecko w sytuacji, gdy nie mamy warunków mieszkaniowych, gdy różnica wieku między Malutką a Kropeczką jest ogromna, gdy nie mamy pieniędzy… Według nich decyzja o dziecku musi być przemyślana pod tymi warunkami. Nie ważne jest nasze szczęście, nasza miłość i nasza rodzina – muszą być warunki. I młodzi rodzice (a my już po trzydziestce).  Oczywiście nie mówią tego wprost, ale dają to odczuć. Z ciąży się nie cieszą, bardziej ją po prostu szanują.

***

W 14 tygodniu ciąży robiłam powtórne badanie tsh. Znów wyszło bardzo niskie, że aż nie zmierzalne. Wróciłam do domu z wynikami i płakałam kilka godzin. Miałam po prostu dość lekarzy, dość tych wszystkich problemów, dość ciągłego wspinania się pod górę. Czułam się, jakbym była wypompowana z sił, że miałam ochotę rzucić wszystkich lekarzy i do końca ciąży nie zobaczyć się z żadnym z nich. „Co ma być, to będzie” – tak pomyślałam. I tak naprawdę chciałam zrobić. ŻADNYCH LEKARZY = ŻADNYCH PROBLEMÓW.

Jak zwykle mój ukochany mąż stanął na wysokości zadania (nie było to łatwe zadanie) i pocieszał mnie najpierw przez telefon, potem osobiście, gdy tylko wrócił z pracy. Sam od razu załatwił mi wizytę u endokrynologa. Robił wszystko, co tylko mógł, aby zatrzymać moje łzy, które z bezsilności leciały i leciały. Mój mąż jest skarbem, zawsze mogę na nim polegać i znowu tak to jakoś sprytnie rozegrał, że po jakimś czasie oboje siedzieliśmy na tapczanie śmiejąc się przez łzy z naszej górki.

Nasza górka jest wysoka, chyba nawet bardzo, wciąż się wspinamy na nią, ale zawsze idziemy razem. I to daje moc. Znów się przekonaliśmy o naszej miłości, o tym, że razem zawsze damy radę, a także o tym, że w tych wszystkich problemach jesteśmy tylko my. Tak naprawdę nie możemy liczyć na żadną pomoc. Jesteśmy tylko my i to nas za każdym razem wzmacnia.

***

Wizyta u endokrynologa przebiegła nerwowo. Denerwowałam się. Lekarka zobaczyła wyniki, zrobiła usg tarczycy i wydała werdykt. W obrazie usg nic się od grudnia nie zmieniło. Zmiany jakie są, takie nadal są. I nadal trzeba to obserwować. Niskie tsh może być wynikiem ciąży, a dokładnie uporczywych wymiotów, wysokiego bHCG itp. Wynik ten powoli powinien wracać do normy. Na razie jestem bez żadnych leków. Kontrola tsh i ft4 w 20 tygodniu ciąży.