Zdrowotnie dobrze

Dodano 18 kwietnia 2017, w Bez kategorii, przez Linka

Cichy konflikt, niezrozumienie bądź brak chęci rozmowy ze strony teściów trwa. Może nawet zaryzykuję stwierdzenie – pogłębia się. Widzę, jak mąż się z tym męczy. Mnie to chwilowo przerosło i przestałam o tym myśleć i zaczęłam to lekceważyć. Z dystansem (ogromnym dystansem) do nich podchodzę. Może nawet za bardzo, bo na siłę się nie uśmiecham i może chwilami wyglądam na obrażoną lub wkurzoną. Chyba z daleka wysyłam sygnały: NIE ODZYWAJCIE SIĘ DO MNIE, BO WAM ODSZCZEKAM. Dopóki ktoś mi na piętę nie nadepnie, to dużo jetem w stanie znieść, ale jeśli już coś takiego nastąpi albo jeśli ktoś „zaatakuje” moją rodzinę, to nie ręczę za siebie…

A teraz temat przyjemniejszy… CIĄŻA… Moja ciąża…

16 tydzień minął spokojnie. Już się w miarę dobrze czuję. Nie wymiotuję (no może sporadycznie). Jedynie, co mi przeszkadza, to ogromne osłabienie i czasami bóle głowy. Poza tym brzuszek już mi rośnie, coraz bardziej  :lol: Z miłością i wielką dumą patrzę na takie ogniki w oczach mojego męża wpatrzonego w mój brzuszek i wiem, że to jest jeden z powodów, dla których walczyłam tyle lat. Przez rosnący brzuszek swędzi mnie skóra na nim. Smaruję się kremem przeciw rozstępom, ale i tak coś tam nieciekawego się pojawia. Przede wszystkim drobne rozstępiki wokół pępka z pierwszej ciąży się odnowiły. Nie chcę, żeby się pogłębiły, ale nie przeszkadza mi to, bo wolę mieć dziecko i te rozstępy, niż dziecka nie mieć.

Już nie mogę się doczekać, aż wezmę w ramiona moje maleństwo…

 

Otagowane:  

Raz lepiej, raz gorzej

Dodano 12 kwietnia 2017, w Bez kategorii, przez Linka

15 tydzień mojej ciąży był znośny. Czułam się w miarę ok. Wymioty się zdarzają, ale ogólnie dokucza mi teraz słaaaabość.

W ten mój „dobry dzień” pojechaliśmy do nieco większego miasta na zakupy. Kupiliśmy parę potrzebnych rzeczy, w tym buty (adidasy dla mnie i dla męża). Co prawda w tym roku nie pojeździmy sobie na rowerach, jak to zwykle bywało, ale w nowych adidaskach zawsze najwygodniej…

W czasie przechadzki po centrum handlowym zaczęło mi być dziwnie. Otóż wokół mnie zrobiło się głucho, obraz pociemniał i zaczął się kołysać, w jednej chwili pot oblał moje ciało i każdy kolejny krok był dla mnie coraz większym wyczynem. Na szczęście tuż obok były stoliki i krzesełka. Usiadłam i od razu zaczęłam się rozbierać, bo czułam jak całe plecy i kark mam mokre. Po chwili doszłam do siebie, ale gdyby nie to krzesło, to zemdlałabym zupełnie.

Atmosfera w domu jest cudowna. Cudowny mąż. Cudowna córka. I cudownie rosnący brzuszek.

Szkoda tylko, że teściowie są jacyś dziwni. Przez te wszystkie lata naszego małżeństwa byli ok. Jeździliśmy do nich na kawę raz, czasami dwa, a nawet i trzy razy w tygodniu. Siedzieliśmy, rozmawialiśmy, oni opowiadali różne rzeczy, mieli do nas zaufanie i my raczej do nich też. Jedyną rzeczą o czym im nie mówiliśmy, to te nasze heroiczne starania o powiększenie rodziny. Jak wiadomo w grudniu co nieco im powiedzieliśmy, no i zaczęły się schody w naszych kontaktach. A już na pewno olbrzymie schody pojawiły się w lutym, gdy powiedzieliśmy im o ciąży. Od tego czasu my do nich nie jeździmy, bo przecież ja tyle czasu musiałam leżeć, a teraz już nie leżę, ale i tak się słabo czuję, więc nie jedziemy. Oni do nas też nie jeżdżą. Mają nas totalnie w nosie!!!

A gdy już się spotkaliśmy, bo zaprosiliśmy ich na działkę, na kawę, to przyjechali. Ale z łaską. Nawet kawy nie wypili. Chwilę posiedzieli, lody przywieźli, więc je zjedliśmy. Pytanie o to, jak się czuje padło na początku, ale w formie pytania retorycznego. Nawet nie chcieli słuchać odpowiedzi, więc odpowiedziałam, że „dużo by opowiadać”. Temat od razu został zmieniony przez teściową i już więcej nie wrócono do mojej ciąży. Poza tym wkurzyłam się, bo zaczęli opowiadać, że teraz wszyscy są w ciąży, bo wszyscy chcą dostać 500+. Jak byli w kościele, to widzieli ta jest w ciąży, tamta jest w ciąży i jeszcze tamta i tamta… Wkurzyłam się na maksa, aż po prostu bez słowa wyszłam, żeby się uspokoić i nie palnąć jakiegoś słowa za dużo. Od razu wszystkich wrzucili do jednego worka, że każdy chce mieć dziecko tylko i wyłącznie dla pieniędzy. A prawda jest taka, że ja kicham na te pieniądze, bo chce mieć dziecko, a nie te pieprzone pisowskie 500zł. A poza tym wysyp ciąży jest w ich oczach, bo ciężarne kobiety jesienią i zimą chowały swoje brzuchy w kurtkach zimowych, a teraz jest ciepło i nie trzeba tego robić. Co roku tak jest. Ja doskonale o tym wiem, bo wiele razy wychodząc wiosną i latem do miasta, wracałam do domu z płaczem, bo tyle tych ciężarnych naliczyłam. Nie mówię, że nie istnieje jakiś odsetek ludzi, co kuszą się na te pieniądze, ale na litość boską to jest patologia, bo kto normalny chce mieć dziecko tylko i wyłącznie na miesięczny dochód 500zł.

Generalnie po tym spotkaniu byłam wnerwiona na maksa. Jak się uspokoiłam i wróciłam do nich, to oni już szli do domu, więc traktowali to nasze zaproszenie na kawę jako obowiązek do spełnienia? Jakiś punkt do odhaczenia? Zło konieczne? Nie rozumiem.

Mi jest ciężko i nie mogę się z tym pogodzić, a co dopiero ma powiedzieć mój mąż? On chce być wobec nich ok, ale sam widzi, że są bardzo niesprawiedliwi do nas. Widzę, jak cierpi.

Otagowane:  

Zakupy i endokrynolog

Dodano 3 kwietnia 2017, w Bez kategorii, przez Linka

14 tydzień zaczął się fatalnie. Pierwszy dzień tego tygodnia spędziłam w łóżku (z przerwami na wymiotowanie w łazience) non stop śpiąc, borykając się z okropnymi tego dnia nudnościami i czekając aż ten dzień się w końcu skończy! To był naprawdę bardzo ciężki dzień.

Ale potem było już lepiej. Po fatalnej sobocie przyszła miła i spokojna niedziela. Pojechaliśmy na działkę, trochę pooddychałam świeżym powietrzem i tak dziwnie dobrze się czułam. Kolejny dzień też był dobry (wymiotowałam może ze 2 razy, ale to były takie incydenty, po których już dobrze się czułam). Tak więc do końca 14 tygodnia czułam się wręcz rewelacyjnie. Zdecydowanie gorsze są poranki, w których walczę z nudnościami i albo się zwymiotuję przed śniadaniem, albo nie. Później jest dobrze i niekiedy wieczór też bywa kiepski, ale ogólnie naprawdę jest dobrze!!!

Aż boję się uwierzyć, że te nudności i wymioty mijają…

***

Brzuszek nie mieści mi się w normalnych dżinsowych spodniach. Chyba mąż guziki mi poprzestawiał albo spodnie skurczyły się w praniu… Przyszedł więc czas wybrać się do sklepu na zakupy. Pewnego pięknego dnia, gdy czułam się rewelacyjne (nawet tak, jakbym w ogóle nie byłam w ciąży) poszliśmy z mężem do jedynego takiego sklepu w naszym mieście. Jest to sklep w centrum, z odzieżą dla pań w rozmiarach XXL i większych oraz dla pań ciężarnych. Głupio mi było wejść do sklepu, nad którym widniał wyrazisty szyld: „PANI PUSZYSTA”.  Ale weszliśmy. Na szczęście pani w sklepie od razu zorientowała się, że szukam spodni ciążowych i nie musiałam długo dukać po co przyszłam…

Przymierzyłam chyba z 10 par. Żadne na mnie nie pasowały. We wszystkich czułam się jak w worku. Przede wszystkim nie było mojego rozmiaru. Najmniejsze były S, a i one były na mnie za duże!!! Jedynie, co kupiłam to legginsy. Tylko to na mnie pasowało i nie czułam się w nich jak wieloryb.

Wobec tego odebraliśmy Malutką z przedszkola i od razu wpakowaliśmy się do samochodu. Pojechaliśmy do nieco większego miasta i tam znowu poprzymierzałam ileś spodni i jedne udało mi się kupić. Drugie wzięłam krótkie spodenki. Choć jeden i drugi zakup nie jest moim ideałem, to jednak w czymś muszę chodzić. Jak nadal będę się dobrze czuć, to może wezmę maszynę do szycia i nieco zwężę długie spodnie, a krótkie trochę bardziej skrócę.

***

Gotować obiadów nadal nie mogę. Jakoś wciąż odrzuca mnie kuchnia. Dlatego moi rodzice dbają o to, abyśmy od poniedziałku do piątku mieli normalny obiad. W weekend radzimy sobie sami. Czasami ugotuje nam coś babcia męża, a czasami mąż coś skombinuje. Jestem wdzięczna wszystkim za każdą pomoc, a to jest dla mnie ważne, aby Malutka miała w domu normalny obiad. Wcześniej  ja gotowałam i z dnia na dzień przestałam. Dzięki moim rodzicom, Malutka nie odczuła tak mocno tej zmiany i paraliżu w domu.

A jak nadal będę się tak dobrze czuć, to może znów wrócę do gotowania. Kto wie?…

***

Rozczarowanie. To uczucie też jest. Coraz częściej wydaje mi się być błędem opowiedzenie o wszystkim moim teściom. W grudniu przed moją operacją nastąpiła chwila szczerości i żałuję. Żałuję, że dowiedzieli się o naszych starania. A jeszcze bardziej NIE ROZUMIEM ich teraźniejszego zachowania.  >>>> Nie interesują się nami. Nie pytają, jak sobie radzimy, jak się czuję, jak Malutka. Nie pytają, czy nam w czymś pomóc. >>>> Co więcej, są na nas źli. Źli???? Tak, że nie przyjeżdżamy, że nie interesujemy się ich problemami (a mają ich dużo, bo przecież tyle sprzątania jest na dworze i w domu, że jeszcze babcią się zajmują – to są przecież problemy, a nie złe „samopoczucie” ciężarnej). >>>> A najgorsze jest to,  iż myślą, że ta ciąża to nasza zachcianka, głupia zachcianka. Oni mają już czworo wnuków, nie potrzebują więcej. A my uparliśmy się na dziecko w sytuacji, gdy nie mamy warunków mieszkaniowych, gdy różnica wieku między Malutką a Kropeczką jest ogromna, gdy nie mamy pieniędzy… Według nich decyzja o dziecku musi być przemyślana pod tymi warunkami. Nie ważne jest nasze szczęście, nasza miłość i nasza rodzina – muszą być warunki. I młodzi rodzice (a my już po trzydziestce).  Oczywiście nie mówią tego wprost, ale dają to odczuć. Z ciąży się nie cieszą, bardziej ją po prostu szanują.

***

W 14 tygodniu ciąży robiłam powtórne badanie tsh. Znów wyszło bardzo niskie, że aż nie zmierzalne. Wróciłam do domu z wynikami i płakałam kilka godzin. Miałam po prostu dość lekarzy, dość tych wszystkich problemów, dość ciągłego wspinania się pod górę. Czułam się, jakbym była wypompowana z sił, że miałam ochotę rzucić wszystkich lekarzy i do końca ciąży nie zobaczyć się z żadnym z nich. „Co ma być, to będzie” – tak pomyślałam. I tak naprawdę chciałam zrobić. ŻADNYCH LEKARZY = ŻADNYCH PROBLEMÓW.

Jak zwykle mój ukochany mąż stanął na wysokości zadania (nie było to łatwe zadanie) i pocieszał mnie najpierw przez telefon, potem osobiście, gdy tylko wrócił z pracy. Sam od razu załatwił mi wizytę u endokrynologa. Robił wszystko, co tylko mógł, aby zatrzymać moje łzy, które z bezsilności leciały i leciały. Mój mąż jest skarbem, zawsze mogę na nim polegać i znowu tak to jakoś sprytnie rozegrał, że po jakimś czasie oboje siedzieliśmy na tapczanie śmiejąc się przez łzy z naszej górki.

Nasza górka jest wysoka, chyba nawet bardzo, wciąż się wspinamy na nią, ale zawsze idziemy razem. I to daje moc. Znów się przekonaliśmy o naszej miłości, o tym, że razem zawsze damy radę, a także o tym, że w tych wszystkich problemach jesteśmy tylko my. Tak naprawdę nie możemy liczyć na żadną pomoc. Jesteśmy tylko my i to nas za każdym razem wzmacnia.

***

Wizyta u endokrynologa przebiegła nerwowo. Denerwowałam się. Lekarka zobaczyła wyniki, zrobiła usg tarczycy i wydała werdykt. W obrazie usg nic się od grudnia nie zmieniło. Zmiany jakie są, takie nadal są. I nadal trzeba to obserwować. Niskie tsh może być wynikiem ciąży, a dokładnie uporczywych wymiotów, wysokiego bHCG itp. Wynik ten powoli powinien wracać do normy. Na razie jestem bez żadnych leków. Kontrola tsh i ft4 w 20 tygodniu ciąży.

Wizytowo, czyli stresowo

Dodano 30 marca 2017, w Bez kategorii, przez Linka

13 tydzień mojej cudownej ciąży był tygodniem badań i tego, co zwykle (czyli wymiotów, mdłości, ogromnego zmęczenia, chęci przespania całej ciąży i tęsknego wyczekiwania każdego wieczoru, aby położyć się spać i przez kilka godzin w nocy niczego nie czuć).

Jeśli chodzi o badania, to dostałam wcześniej karteczkę od lekarza z listą badań, jakie mam wykonać do następnej wizyty. Na liście znalazło się:

- morfologia

- ogólne badanie moczu

- glukoza na czczo

- grupa krwi

- tsh

- taxo IgM

- taxo IgG

- cmv IgM

- cmv IgG.

Dobrze, że dzień wcześniej sprawdziłam w internecie, ile te badania kosztują. Powiem krótko: SZOK!!! Posłusznie poszłam na badania (dobrze, że mąż poszedł ze mną, bo było mi z lekka słabo). Krew wzięli. Pieniądze też. 199 zł.  8-O

Wyniki mąż odebrał po dwóch dniach. Spodziewałam się złych. Szczególnie moczu, który na sam widok wydawał mi się zbyt ciemny, a poza tym wcześniej bolała mnie nerka… Teraz już nie boli, ale mimo wszystko ten kolor moczu przekonywał mnie do złych wiadomości. Mąż wrócił z trzema kartkami wyników i powiedział: „Wykrakałaś”.

Glukoza we krwi wysoka, choć jeszcze w normie, ale najbardziej zmartwiła mnie glukoza w moczu. W ciąży jest podwyższona, ale i tak nie powinno być wykazane ilościowo w wyniku. Teraz już jestem przekonana, że będę mieć cukrzycę w ciąży. Jestem tego pewna, choć mąż mnie wyzywa, jak tak mówię…

Poza tym w moczu mam jeszcze białko…

No i to nieszczęsne tsh. Zawsze miałam idealne. Zawsze miałam wynik ok. 1. A teraz <0,05, czyli jest poniżej tej wartości, jest w wartości niemierzalnej.

Po południu tego dnia wizyta u ginekologa. Jak to mój mąż się śmieje – wysterylizowałam się – wciąż mi powtarza, że mam bzika na punkcie higieny i że na kilometr czuć ode mnie wszystkie środki dezynfekujące hehehe. Żartowniś z niego, bo PRZECIEŻ normalnie biorę prysznic i dbam, aby skóra była czysta, jedwabna i gładka. To tyle  :lol:

Badanie dokładne, z pomiarami, genetyczne. Lekarz aż zadowolony z siebie, dwa razy powtarzał, że z dzidziusiem jest wszystko w porządku  :-) Kropeczka urosła do prawie 6 cm i ma się doskonale. Leżała spokojnie, rączką raz po raz machnęła, nawet lekarz pokazał nam jej paluszki  :-D WOW! Ja naprawdę jestem w ciąży! A we mnie naprawdę jest malutki człowieczek!

Żeby nie było tak kolorowo, to lekarz kazał powtórzyć badanie tsh w innym laboratorium i jeśli znów wyjdzie takie nijakie, to mamy udać się endokrynologa.

Po wizycie byłam:

- szczęśliwa, bo z dzidziusiem wszystko dobrze,

- zmartwiona kolejnym badaniem krwi i dziwną pewnością, że bez wizyty u endokrynologa się nie obędzie,

- zmęczona nerwami tego dnia,

- chora, bo w drodze powrotnej źle się zaczęłam czuć i znów dopadły mnie mdłości.

Gdy dotarliśmy do domu, pierwsze co zrobiłam to pobiegłam do łazienki „przywitać się” z sedesem. Dalszego dnia nie pamiętam przez uporczywe nudności…

Czekanie na lepsze jutro

Dodano 17 marca 2017, w Bez kategorii, przez Linka

Wszędzie jest napisane, że w 12 tygodniu ciąży mdłości i wymioty mijają. A u mnie? Cały czas, non stop męczę się z nudnościami. Od rana do wieczora powstrzymuje się od wymiotów. Oczywiście na samym powstrzymywaniu się nie kończy. Kilka razy dziennie przytulam kibelek, a oczy zachodzą mi łzami.

Dziś jest lepiej. Ale co z tego, jak jutro znowu będzie to samo. W końcu pierwsza ciąża była jeszcze gorsza. Wtedy to nawet w ogóle nie było dobrych dni.

Wciąż leżę w łóżku. Moi rodzice przynoszą nam obiady. Mąż dba o mnie i Malutką. Teraz jesteśmy w trakcie załatwiania szkoły dla córki.

Otagowane:  

Objawy i jeszcze raz objawy

Dodano 11 marca 2017, w Bez kategorii, przez Linka

11 tydzień to dla mnie walka z nudnościami i wymiotami. Czasami mam wrażenie,  że już przechodzi,  ale chwilę potem jest mega źle.

11 tydzień to także ból lewej nerki. Nic przyjemnego. Ale następnego dnia przeszło.

A także pojawia się minimalna zgaga.

Ale bardzo, bardzo się cieszę,  że jestem w ciąży. Chociaż chciałabym już móc przytulić moją Kropeczkę… i poczuć się dobrze…

Otagowane:  

Prawie 3 cm szczęścia

Dodano 2 marca 2017, w Bez kategorii, przez Linka

Wczoraj byliśmy u lekarza. Nasz mały/wielki człowieczek ma 2,93 cm. WOW! Byłam zaskoczona widząc na monitorze, jak fikał, skakał, machał rączkami i nóżkami – no CUD!!!

Ale jestem szczęśliwa…

Prawdziwą nowością dla mnie jest fakt, że wczoraj tylko jeden raz wymiotowałam. Jak dla mnie, to wielki sukces.  I w czasie długiej jazdy do lekarza kompletnie nic nie wymiotowałam. Lekarz przepisał mi tabletki na wymioty, więc dzisiaj póki co też dobrze się czuję.

Nadal muszę leżeć, choć już nie tak restrykcyjnie jak ostatnio. Krwiak jeszcze jest, ale rozpłaszczył się. Ogólnie jest lepiej, niż lekarz się spodziewał. To dobrze. Musi być dobrze. I będzie!

Otagowane:  

Byle do wiosny

Dodano 23 lutego 2017, w Bez kategorii, przez Linka

Leżę. Wciąż leżę. Mój najbliższy i codzienny cel to przetrwać dzień. Wymioty, zastanawianie się nad tym, co zjeść i żeby w ogóle coś przełknąć… Ważę 47,9 kg.

Mąż jest zmęczony. Ba! Wyczerpany!!! Codziennie pada ze zmęczenia. Robi wszystko co może. Dba o Malutką, o dom, o mnie i o pracę. To bardzo dużo.

Obecnie jestem w 9 tygodniu ciąży. Wydaje mi się, że czuję się lepiej niż w poprzedniej ciąży, ale mimo wszystko męczę się. Niech już będzie marzec…

Otagowane:  

Chwile grozy

Dodano 16 lutego 2017, w Bez kategorii, przez Linka

Dużo się działo… Ale opiszę w skrócie, bo nie mam sił…

8 tydzień ciąży zaczął się niefortunnie. Plamienie… SZOK… a po chwili krwawienie…. Strach, przyspieszone bicie serca i natychmiastowa decyzja, żeby wziąć duphaston. A potem leżenie… Minęło. Uff… Noc czysta. Cały dzień czysty. Myślałam, że problem jest zażegnany.

Ale następnej nocy obudziłam się w kałuży krwi…

Dosłownie! To była kałuża krwi. Ze skrzepami. Obudziłam męża słowami „chyba poroniłam”… Dalej nie dało się spać. Mąż cały czas przeczesywał internet szukając informacji, że jeszcze nic straconego, jednak ja byłam pewna, że to koniec.

Rano skontaktowałam się z moim ginekologiem, a później pojechaliśmy tam. W samochodzie zwymiotowałam chyba ze 20 razy. W końcu dojechaliśmy.

USG. Kropeczka jest!!! Ma 1 cm i serduszko bije!!!

Tak mi wstyd, że już się z dzieckiem pożegnałam… Ale jest, ma się dobrze i to najważniejsze. Krwawienie było spowodowane krwiakiem, który niestety jest zdecydowanie większy niż dziecko, bo ma 2 cm. Dostałam recepty i przykaz leżenia.

Więc leżę. Nie jest łatwo, ale czego się nie robi… W zdecydowanej gorszej pozycji jest mąż, który lata nade mną, nad córką, pracuje, gotuje, pierze, prasuje, sprząta itd. Jest cudowny!

Córka już wie, że będzie siostrą. Zdecydowaliśmy się jej powiedzieć, żeby miała wytłumaczenie tego przewrotu w domu –  mama wciąż leży, a tata wszystko robi. Nie spodziewaliśmy się takiej reakcji Malutkiej. Była w siódmym niebie. Najpierw się spytała, czy żartujemy, a gdy uzyskała satysfakcjonującą odpowiedź, zaczęła  nam dziękować. Z 20 razy pod rząd powiedziała słowo „dziękuję”. A później to radość, skakanie, nieśmiałe przywitanie z moim brzuszkiem, a także co jakiś czas upewnianie się, czy aby na pewno jest tam dzidziuś…

Jestem szczęśliwa. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby ciąża się utrzymała i urodziło się zdrowe dziecko.

Otagowane:  

Szczęście :)

Dodano 6 lutego 2017, w Bez kategorii, przez Linka

Zmieniłam się. Nie smucę się. Nie złoszczę się. Nie tracę cierpliwości. Uśmiecham się. Naprawdę jestem szczęśliwa!!!

 Parę dni temu mąż powiedział, że to dziecko jest dla niego podwójnym szczęściem:

- raz, że jest, że znów będzie ojcem, że będzie z nami nowa mała kruszynka;

- dwa, że dawna ja powróciłam, że znów ma szczęśliwą, uśmiechniętą i pełną życia żonę…

Popłakał się przy tym. Chyba rzeczywiście to dziecko to nasze wspólne błogosławieństwo!

* * *

Przymierzamy się w domu do zmiany wystroju w naszym pokoju (poniekąd patrzymy też przyszłościowo – wiemy, gdzie postawimy dziecięce łóżeczko  na kółeczkach).

* * *

Trwa 7 tydzień mojej cudownej ciąży! Moje objawy:

- olbrzymie, pełne i okropnie ciężkie piersi!!!

- po 2 godzinach od posiłku czuję dziwne uczucie pustki w brzuchu i wielką potrzebę zjedzenia czegoś NATYCHMIAST!

- budząc się rano jestem okropnie głodna i muszę coś zjeść (też NATYCHMIAST).

Pierwszą wizytę położniczą mam przewidzianą na 14 lutego, w Walentynki. Już czasami o tym myślę i ogarnia mnie niepokój…