Ogromny brzuch i kilogramy kremu…

Dodano 30 lipca 2017, w Bez kategorii, przez Linka

Napięty brzuch, uczucie ciężkości i wielkiego napierania na pęcherz – oto mój 31 tydzień. Wydaje mi się, że już mam naprawdę duży brzuch i przeraża mnie świadomość, że on jeszcze bardziej się powiększy. Skórę na nim mam napiętą, trochę swedzącą (szczególnie wieczorem ) i dającą poczucie, że już więcej się jej nie wytworzy.

Wczoraj byłam u lekarza. Kruszynka nadal jest dziewczynką, jest zdrowa i waży 1560g. Już jest naprawdę duża. A ja ważę 54kg. W ostatnim tygodniu września mam mieć cesarkę.

Wracając wstąpiliśmy do auchan i zrobiliśmy zakupy. Ja z Malutką byłyśmy przeszczęśliwe, za to mąż dostawał białej gorączki… Kupowałyśmy przybory szkolne dla Malutkiej, a także wanienkę, butelkę do mleka i gąbkę do wanienki dla naszej najmłodszej pociechy. Wobec tego zakupy w pełni udane, chociaż obie z córką jeszcze dłużej byśmy sobie pochodziły. Jednak dla dobra ogółu trzeba było zlitować się nad biednym mężem i ojcem.

A tak z innej beczki… trochę nieodpowiedniej do chwalenia się, ale jak opisuję swoje objawy ciąży, to piszę wszystkie. Z reguły nigdy nie chodziłam do toalety w nocy. Od kilku tygodni jednak budzę się w nocy i muszę zrobić siusiu. A od kilku dni to już dwa razy w nocy się budzę. Rano wstaję o godzinie 7:00. Mam mnóstwo obowiązków, wiec nie mogę sobie pozwolić na wylegiwanie się, zresztą teraz i tak już dłużej bym nie spała. Organizm już się przyzwyczaił.

Boje się tylko jesieni, a konkretnie tych obowiązków: Malutka do szkoły, Kruszynkę nakarmić, ubrać i ustawić co do godziny, by Malutka nie spóźniła się do szkoły, mąż do pracy, swoje księgowe obowiązki, w domu pranie, prasowanie, sprzątanie, gotowanie, pomoc w odrabianiu lekcji, no i niemowlę….

Oj będzie się działo… Będę chodzić z wywieszonym jęzorem, ale co tam… Chciałam tego.

A tak z jeszcze innej beczułki… Malutka miała swoje siódme urodziny. Impreza była oczywiście na działce i było super. Goście byli, humory były,  pogoda była,  balony były i wszystko co najważniejsze było. Malutka bardzo zadowolona i my też.

Otagowane:  

Pierwsze zakupy z okazji „30-tki”

Dodano 21 lipca 2017, w Bez kategorii, przez Linka

30 tydzień ciąży! SZOK! Nie wierzę! Jak ten czas szybko leci… Najwyższy czas zrobić pierwsze zakupy dla naszej Kruszynki.

Mimo wielkiego stresu i niepewności przed wyjazdem udało się wyjechać na wakacje. I były one cudowne! Malutka bardzo zadowolona i my także.
Jestem pod wrażeniem siebie. Dałam radę wysiedzieć w samochodzie kilka godzin jazdy i tam też całkiem nieźle sobie radzilam. Dużo chodziliśmy na spacery. Nawet bardzo dużo. I ja zmęczenie odczuwałam jedynie w stopach. Brzuszek w ogóle mi nie przeszkadzał, a jedynie dodawał mi poczucia dumy. Ludzie patrzyli się na mnie bardzo ostentacyjnie, niektórzy nawet (kobiety koło 50-tki) z takim zażenowaniem w oczach, że jak to, kobieta w ciąży powinna w domu siedzieć, a nie nad morze się wybierać. Ale ja miałam z nich zwałę. Byłam dumna z siebie i z mojej rodzinki.

Wakacje udały się w 100%. Ciężko było tylko utrzymać odpowiedni poziom cukru przez to, że rzadko jedliśmy, a jak jedliśmy to nie zawsze szło całkowicie wyeliminować cukier, tłuszcz i te węglowodany.

***

Pierwsze zakupy
No nareszcie! Ostatnie przeżycia z plamieniami, wizją szpitala lub przedwczesnym porodem doprowadziły mnie do olbrzymiego stresu z tym, że nie zdążymy z zakupami. Dlatego od razu po powrocie z wakacji, udaliśmy się do sklepu. Mamy łóżeczko, materac, przewijak, śliniaki, kosmetyki, pampersy itp. Radocha przy kupowaniu takich rzeczy co nie miara. Malutka też była zachwycona. Co chwilę się pytała :
- A mogę wybrać wzór?
- Pewnie, że możesz! – szczęśliwie odpowiadałam.
Malutka naprawdę była tak podekscytowana, a ja jeszcze bardziej szczęśliwa. Pieniędzy wydaliśmy tyle, że szok, a to jeszcze nie koniec zakupów.

Malutka dodatkowo była zadowolona, bo pod koniec zakupów udało nam się wypatrzec plecak do szkoły. Był ładny, funkcjonalny, pojemny i… drogi. Ale chyba wszyscy się w nim zakochaliśmy. Więc kupiliśmy i zaraz po przyjeździe do domu, Malutka zabrała się za szykowanie przyborów szkolnych. I znów była podekscytowana!

***

Objawy ciąży
Przede wszystkim rosnący brzuszek (on wciąż rośnie, a już jest mega wielki) i odczuwanie w nim ruchów. Kruszynka daje mi nieźle popalić! Kopie, przemieszcza się, rozciąga, pcha… Nieraz to potrafi mnie w nocy obudzić, a czasami spowodować ból! Ale jest to bardzo przyjemny ból… Nawet udało jej się tatę w nocy obudzić, a to jest wyczyn naprawdę godny uznania (mąż śpi w nocy jak zabity).
Codziennie zjawia się też zgaga, ale da się z nią wytrzymać. Nie jest jakoś mocno uciążliwa.
W nocy zdarzył mi się też skurcz łydki. Ale to było tylko jeden raz i wcale nie mocno.
Poza tym innych objawów brak!

 

 

S.O.S. – sytuacja alarmowa

Dodano 13 lipca 2017, w Bez kategorii, przez Linka

 

Problemy nas nie opuszczają. Oprócz zdrowotnego zawirowania ze mną, doszły kłopoty z mężem. Problem miał od wielu lat, jednak ostatnio mu się pogorszyło. Najgorsze jest to, że nie ma jakiegoś porządnego lekarza, który wiedziałby co i jak. No i wreszcie pomógł. Żal mi męża, bo widzę jak go to dręczy i boi się przyszłości. Nie wiem, jak mu pomóc. Póki co mogę go tylko przytulać i wspierać.

***

Ciąża moja trwa. 29 tydzień w toku. Brzuch czasami jest tak mocno twardy, że aż boli. Zdecydowanie lepiej się czuję, jak brzuszek jest miękki i luźniejszy. Kruszynka kopie co sił w nogach i rękach. Rozpycha się, przemieszcza, czasami gilgocze, a czasami aż sprawia lekki ból.

***

Niedługo jedziemy na wakacje. W tym roku mieliśmy nigdzie nie jechać ze względu na mój stan. Jednak postanowiliśmy zrobić Malutkiej frajdę i jedziemy. Bałtyku – czekaj na nas.

***

Pogoda jest zmienna. Upał, burza, deszcz, zimno, wiatr, ciepło, chłodno, skwar, duchota – codziennie coś innego. Chmury przesuwają się mega szybko i nie wiadomo, jaka pogoda będzie za np. godzinę.

***

Jak pech to pech. Wczoraj zaczęłam plamic na brązowo. Dziś to samo. I zonk! Co dalej? Co robić? Przecież jutro wyjeżdżamy na wakacje…

Decyzja: SMS do lekarza. Szybka odpowiedź: mam przyjechać.

A więc kąpiel, wszyscy do samochodu i jedziemy. Wizyta ok. Lekarz miał dobry humor,  chociaż badanie bolało…

Plamienie raczej z tych niegroźnych, szyjka długa, łożysko jest blisko ujścia szyjki i to jest chyba powód. Dostałam leki i przykaz oszczędzania się. Nie mam leżeć – wręcz przeciwnie. Mam chodzić, ale nie schylać się,  nie dźwigać itp.

Odetchneliśmy z ulgą

A WIĘC JEDZIEMY NA WAKACJE!

Czas się pogodzić z losem

Dodano 10 lipca 2017, w Bez kategorii, przez Linka

Staram się godzić ze stanem, który mnie dopadł. Nie chciałam tego, nie oczekiwałam go, jedynie przypuszczałam, że może tak się stać.

Cukrzyca ciążowa, czyli ciemny chleb, pomidor, ogórek, kurczak gotowany, ryby z piekarnika itp.

Cukrzyca ciążowa, czyli zakaz normalnego chleba, bułek, wieprzowiny, makaronów, owoców, kompotów, słodkiego itp.

Cukrzyca ciążowa, czyli kłucie się glukometrem, życie z zegarkiem w ręku i ciągła walka ze słabościami.

Przyzwyczajam się. Jest ciężko. I to bardzo, ale w pionie trzyma mnie myśl, że robię to dla dobra Kruszynki. Dla niej muszę być dzielna i silna.

Ale tak po cichu tylko powiem, że prześladuje mnie bułka z białym serkiem, spaghetti i frytki… (Ale ciiii… żebym tego nie usłyszała….)

***

28 tydzień ciąży… Ja naprawdę mam w sobie dziecko! W moim brzuchu jest mała kopia mnie i człowieka, którego kocham nad życie! Chyba jeszcze nie mogę w to uwierzyć…

***

Słabość nóg
Rozumiem, że w czasie ciąży człowiek szybko się męczy, ale ostatnio każdy spacer dla mnie to wyzwanie. Nie chodzi tyle o samo zmęczenie, lecz o słabość nóg. Chwilę po rozpoczęciu spaceru (może już w trzeciej minucie) moje nogi są tak słabe, że każdy kolejny krok to dla nich, a konkretnie dla mnie męczarnia. Ale nie poddaję się i codziennie specjalnie chodzę, aby nie pogorszyć tego stanu. Ta słabość nóg w czasie ruchu nie mija. Nasila się, gdy trasa prowadzi pod górkę, a już totalna porażka jest przy schodach. W pierwszej ciąży tak nie miałam. Zobaczymy, czy i kiedy ten stan minie…

***

Remont kuchni
Udało nam się zebrać w garść i rozpocząć małą przeróbkę kuchni, która była planowana już w styczniu. Dojdzie trochę szafeczek, dzięki czemu (mam nadzieję ) będzie większy ład w tym naszym małym mieszkanku.
Wiadomo, że kolejna osoba w domu, to kolejne jej rzeczy, a miejsce przecież musi się znaleźć!

***

- Mamo, ja chcę, aby moja siostra się urodziła i miała już 3 latka. Ja już chcę się z nią bawić! – tak ostatnio mi Malutka marudzi. A jak idziemy do miasta, to wciąż chce kupować coś swojej siostrze. Gołym okiem widać, jak bardzo się cieszy.

***

Książka
Skończyłam czytać „Rok na Majorce” Anny Klary Majewskiej. Historia niezbyt wyszukana i niezbyt wciągająca. Ogólnie nie polecam, ale z braku innego piśmienniczego materiału można przeczytać, tak dla relaksu.

***

Czas zwolnił
Tak jak w 20 tygodniu ciąży czas przyspieszył i ledwo nadążałam liczyć kolejne tygodnie, tak teraz stało się coś odwrotnego. Czas stanął. No może idzie do przodu, ale bardzo opornie… Ogólnie wygląda to tak:
1 dzień ciąży idzie w tempie 3 dni z cukrzycą.

Gdyby nie ta cholerna cukrzyca, wszystko byłoby inne. Weselsze…

Tylko + tylko + tylko… = AŻ

Dodano 29 czerwca 2017, w Bez kategorii, przez Linka

Dziś.

Wizyta u lekarza w 27 tygodniu ciąży – wyrok cukrzyca ciążowa.
Zalecenia – pomiary glukometrem kilka razy dziennie + ścisła dieta.

Czułam się jak nałogowiec, pożeraczka cukru, tłustego i w ogóle wszystkiego, co niezdrowe. Ogólnie było mi bardzo wstyd.

Moja waga 53,5 kg. Dziecko waży 960g.

Badanie bolało. Potem czułam dyskomfort przy siadaniu.

Kilka kroków po opuszczeniu gabinetu, zanioslam się płaczem i znów każde nieopowiednie słowo (czyt. słowo na temat cukrzycy ) powodowało nową lawinę łez.

Nie mogę się z tym pogodzić. Jest to dla mnie naprawdę bardzo trudne do zaakceptowania.

Widzę, jak mąż mi wciąż tłumaczy, że to TYLKO 3 miesiące, że nie mam leków, TYLKO dietę, że to nie koniec świata, TYLKO cukrzyca… Tylko, tylko, tylko… A dla mnie jest to AŻ!

Rozumiem, że istnieją kobiety, dla których taki stan rzeczy to nic. Rozumiem, akceptuję i podziwiam. Jednak ja jestem inna. Mam w głowie śmietnik. Cukrzyca jest dla mnie swoistą porażką.

To jest już drugi tydzień ciąży, który nie cieszy, tak jak poprzednie. Mimo, że dobrze się czuję i powinnam z tego korzystać, mam ochotę zapaść się pod ziemię.

Zasnąć. Nie czuć. Nie myśleć. Nie jeść…

Z cukrem mi nie po drodze

Dodano 25 czerwca 2017, w Bez kategorii, przez Linka

Witaj trzeci trymestrze! Na dworze upały, choć przez jeden chłodny dzień, jaki się zdarzył, zdążyłam się przeziębić! Kaszel mam straszny, ale poza tym jest ok.

Ten tydzień (26-sty) nie należał do najprzyjemniejszych. Można powiedzieć, że był okropny. Przeważał smutek, nostalgia i zagubienie. Zresztą zagubiona to ja!

***

Bóle nóg
W nocy, a szczególnie nad ranem bolały mnie nogi. I to tak perfidnie mocno, że spać nie mogłam, kręciłam się w łóżku i jedynym ratunkiem dla mnie było po prostu wygramolenie się z wyrka. Dopiero wtedy nogi przestawały boleć i cały dzień było ok. Nie wiem czym był spowodowany ten ból, bo:
- bolały mnie nogi (szczególnie prawa) tylko i wyłącznie jak spaliśmy na działce, a w domu kompletnie nic mnie nie bolało,
- na działce jest twardsze łóżko (?),
- na działce jest w nocy chłodniej (?).

***

Krzywa cukrowa
W końcu nadeszła pora na to okrutne badanie. Od samego początku ciąży bałam się go. Od kilku lat w ogóle nie słodzę herbaty, nie jem jakichś przesadnych ilości słodyczy i raczej nie mam ochoty na słodkie. I teraz ta tona cukru do spożycia mnie przerażała. O strachu przed tym dniem nie będę pisać, chociaż mąż stwierdził, że pod tym względem ze mną jest coraz gorzej… No cóż nie lubię, jak jakieś obce babsko mnie kłuje…
Odnośnie rozrobienia tej glukozy, poszłam za radą mojego lekarza. Pół szklanki wody, 75g glukozy i wciśnięta cytryna (no dobra… dwie cytryny).
Pojechaliśmy do laboratorium. Ja i mąż. Pierwsze badanie glukozy i morfologia na czczo. Potem koszmar wypicia tego paskudztwa. Nie było łatwo, ale dzięki tej cytrynie udało się. Po 1 godzinie kolejne badanie krwi z drugiej ręki. Po drugiej godzinie kolejne badanie.
A potem wymarzone śniadanie… W nagrodę, że dałam radę – rogal z białym serkiem.

Wyników tego badania bałam się, bo nie nadaję się na żadne diety i inne wyrzeczenia.
Przeczucia odnośnie wyników były raczej słuszne. Cukrzyca ciążowa może mnie dotyczyć… Internet jest pełen sprzecznych informacji, więc sama nie wiem, jak je interpretować.
Glukoza na czczo – 85, więc idealnie.
Po 1h – 197, bardzo dużo.
Po 2 h – 158, spadło, ale nadal dużo.

No i zaczęło… Łzy, złość na siebie, wściekłość, żal do losu…

Nie mogę się z tym pogodzić. Okazało się, że jestem bardzo słaba psychicznie. Gdy tylko mąż chce poruszyć ten temat, ja zamieniamy się w potok łez i to takich konkretnych. Nie podejrzewałam, że aż tak mną to wstrząśnie, tym bardziej, że przecież przeczuwalam taką możliwość. Mój tata ma cukrzycę, babcia też miała. Dlatego jestem w grupie ryzyka. Ale jestem w niej tylko z tego powodu, a powodów jest więcej. Wiek 35 lat, otyłość, urodzenie dziecka z wagą ponad 4 kg – to wszystko mnie nie dotyczy.

Przypuszczam, że trafiło mi się coś takiego jak nietolerancja glukozy. Więc co dalej ze mną? Wizyta u lekarza w przyszłym tygodniu. Z tego, co wyczytałam w internecie, to lekarz będzie chciał powtórzyć badanie krzywej cukrowej i wyśle mnie do diabetologa. A ten z kolei zaleci dietę i badanie glukometrem kilka razy dziennie.

I znowu łzy…

Pieczywo białe, ziemniaki, makaron, mięso smażone, słodkie owoce są zakazane. No to co ja mam jeść? Kaszy gryczanej i innych tego typu paskudztw nie lubię i nie polubię!

Poza tym ten glukometr… Przeraża mnie on. Naprawdę! To kłucie się i cały z tym związany chaos.

W końcu po wielu (naprawdę wielu) łzach i chlipaniu w rękaw ukochanego, mąż wziął sprawy w swoje ręce. Pojechał gdzieś i wrócił z glukometrem i całym tym osprzętem. I znowu łzy, że ja nie chce, że się boje, że mam tego dość…

Pierwsze wkucia zrobił mi mąż, później musiałam sama, bo on przecież ma pracę… I tak kłuje się i sprawdzam wyniki kilka razy dziennie : na czczo, przed posiłkami i godzinę po posiłku. Nie znam się na tym, ale wyniki chyba nie są takie straszne. Przed posiłkami mam ok. 90, a po nich ok. 120. W sumie do tej pory raz zdarzyło mi się mieć 143 i raz 125, a reszta jest poniżej 120. To chyba dobrze, nie?

Mimo wszystko nie jem słodkiego i uważnie dobieram to, co mogę, a czego nie. To doprowadza mnie do szału. Wkurza mnie to, że czegoś nie mogę. Mogę nie chcieć, mogę sobie darować, ale jak jest zabronione, to jak na złość właśnie TO mi się chce jeść!

No i żyje z zegarkiem w ręku. O tej godzinie mam zjeść, o tej zbadać poziom cukru, potem NIE MOGĘ nic jeść, bo muszę czekać do kolejnej określonej godziny.

Dni mijają a ja codziennie sobie z tego powodu chlipie. Naprawdę trudno mi się z tym pogodzić.

I jeszcze mąż ma do mnie żal, że przez tą sytuację, to on za wszystko obrywa. Może jestem bardziej milcząca, może mam gorszy humor, ale z ręką na sercu nie wyżywam się na nim. Tu akurat się myli.

***

Dzień Ojca
Nieodłącznie ten dzień związany jest z moim poronieniem. Myślę o tym. Tamtego dnia było upalnie na dworze i miałam założoną białą sukienkę. W tym roku było chłodniej, rano deszcz, reszta dnia zachmurzona.

Po przedszkolu poszłyśmy z Malutką do sklepu i kupiła tacie czekoladki Merci. Gdy wrócił z pracy, rzuciła mu się na szyję z prezentem.

A po południu trzeba było objechać naszych ojców. I tu i tu była kawa i słodkie. Niestety tylko mogłam na to patrzeć…

***

Koniec przedszkola
Zakończenie trwało prawie 2 godziny i było bardzo ładne, wzruszające i aż żal było opuszczać te mury… Malutka dostała i kwiatki, i dyplomy, i misia, i długopisy, i lizaka. A i my, jako rodzice, otrzymaliśmy kwiatka i pisemne podziękowania za wszelką pomoc w tych latach. Występy dzieci były cudowne, Malutka bardzo ładnie sama śpiewała i wierszyk mówiła, a na koniec dzieci zatańczyły prawdziwego poloneza.

Dobrze, że był kamerzysta. Będziemy mieli pamiątkę w postaci płyty i niezatartych wspomnień.

A teraz wakacje i witaj szkoło!

Życie na rozładowanych bateriach

Dodano 22 czerwca 2017, w Bez kategorii, przez Linka

To niemożliwe! To już 25 tydzień mojej ciąży! ! ! Czas pędzi jak oszalały! Pomału nadchodzi czas, by zabrać się za jakieś przygotowania na przyjście nowego członka rodziny.

Z Malutką wyciągnęłam jej ciuszki z wieku niemowlęcego. Razem oglądałyśmy je i dziwiłyśmy się, że niedawno była taaaka mała… Teraz muszę kupić proszek do prania dla dzieci i wyprać te słodkie ciuszki. Poza tym będzie trzeba rozejrzeć się za jakimś łóżeczkiem… Uwielbiam planować takie rzeczy…

Czuję się nadal doskonale, chociaż szybko się męczę.  Śmieję się,  że moje baterie szybko się rozładowywują, dlatego gdy są naładowane korzystam z tego ile mogę.  Mój dzień wygląda mniej więcej tak :
Bateria naładowana – sprzątam,  gotuję, piorę,  prasuję itp.
Bateria rozładowana – czytam książkę.
Bateria naładowana – dalej sprzątam lub pracuję.
Bateria rozładowana – czytam książkę.
I tak w kółko dopóki Malutkiej nie odbiorę z przedszkola lub dopóki mąż wróci z pracy.

Ostatnio skończyłam czytać fajną książkę „Gdzie Indziej” Gabrielle Zevin. Opowiada ona o dziewczynie,  która umarła i znalazła w Gdzie Indziej. Tam jest nowe życie, takie same jak na Ziemi. Różnica jest tylko jedna: tam każdy młodnieje do punktu Zero,  a potem wraca na Ziemię jako niemowlę. Super książka, bardzo wciągająca i ładnie napisana.

***

Rolki
Malutka ostatnio dostała rolki i śmiga na nich wyśmienicie. Mąż postanowił też kupić sobie rolki. Wtedy zaczęłam „suszyć” mężowi głowę,  że ja też chcę. Rezultatem tego jest to, że mąż kupił sobie rolki i… mi też!!! Jeszcze w to nie wierzę! Mąż jeździ na nich normalnie, jak człowiek, tak jak powinno się jeździć.

Ja też miałam rolki na nogach. No i to tyle…

Nie umiem jeździć,  nie umiem nawet w tym chodzić!  Zrobiłam w rolkach parę kroków i cały czas mąż mnie trzymał – gdyby nie on, to leżałabym co chwilę,  albo zresztą cały czas bym leżała, bo nawet stanąć w rolkach sama nie dałam rady. Ale jestem szczęśliwa,  że je mam. Są naprawdę śliczne! Dziękuję kochanie!

Nie ma to jak uczyć się jeździć na rolkach w zaawansowanej ciąży…

***

Siara
W pierwszy dzień 25 tygodnia, rano miałam niespodziankę na piżamie. Mała, mokra plamka w okolicy prawej piersi.  Normalnie szok! Już mleczko mam?! Szybko zaopatrzyłam się we wkładki laktacyjne, ale alarm minął tak szybko jak szybko się pojawił.  Sytuacja powtórzyła się tylko raz.  I bardzo dobrze!

***

Skurcze
Wreszcie któregoś dnia nad ranem złapał mnie porządny skurcz łydki. Wyskoczyłam z łóżka jak oparzona. Skurcz szybko minął,  lecz przez cały dzień czułam jego ślad w łydce.

***

Zgaga
Znowu się pojawiła. I znowu doskwiera mi wieczorami.

***

Brzuszek
Oj rusza się.  I to jak!  Czasami muszę wstać,  bo wysiedzieć nie idzie.  Kruszynka kopie bardzo wysoko i muszę siedzieć bardzo sztywno (wyprostowana jakbym połknęła kij od szczotki) albo wstać.

***

Czerwiec
Pamiętam, co stało się rok temu. Wraca to do mnie we snach i na jawie. Czasami mąż budzi mnie w nocy, że gadam przez sen i się męczę. Cały czas pamiętam, czasami płaczę. Myślę o tym,  co by było gdyby…

Doświadczenie po poronieniu,  ten ból,  to cierpienie zostaje z człowiekiem na zawsze i wraca często w niespodziewanych sytuacjach. Nie da się od tego uwolnić. Można nauczyć się z tym żyć, nie sama, lecz z mężem, który wspiera i też pamięta.

Szczęście jest we mnie

Dodano 15 czerwca 2017, w Bez kategorii, przez Linka

Czas ucieka… 24 tydzień minął tak szybko, że nie zdążyłam powzruszać się z tej okazji…. Powód tej szybkiej ucieczki czasu jest prosty i doskonale mi znany. Po pierwsze – dobrze się czuję (naprawdę dobrze się czuję). A po drugie – jest ładna pogoda (pięknie gorący czas).

Dzień Dziecka
Sprawiliśmy naszej córci prawdziwie wspaniały dzień. Były i lody, i prezent, i czas tylko dla niej. Dostała od nas rolki, na których zaczęła tak śmigać, że mi co chwilę szczęka opadała. Nie sądziłam, że od początku tak dobrze będzie sobie radziła.

Działka
Właściwie na weekendy wyprowadzamy się z domu i zamieszkujemy na działce. Piękna pogoda + świeże powietrze + nasze uśmiechy = szczęście.

Przedszkole
Malutka ma dużo zajęć w przedszkolu. Są wycieczki i przygotowania do ostatnich przedstawień.

Zgaga
Czyżby była mniejsza?

Owoce
Pożeram je kilogramami. Truskawki, brzoskwinie, nektarynki, czereśnie – mniam mniam… A przy tym brzuch mam tak nadęty, że szok!

Kruszynka
Och, jak bardzo się rusza. Kopie, porusza się, przemieszcza – to cudowne uczucie. Czasami Malutka i mąż trzymają ręce na moim korbolku i czują to, co ja. Nawet gołym okiem widać jej falujące ruchy.

Ale jestem szczęśliwa! 

Otagowane:  

Kilka punktów z okazji liczby 23

Dodano 13 czerwca 2017, w Bez kategorii, przez Linka

Mój 23 tydzień zamknął się w kilku punktach:

Wzruszenia
Nic na tą przypadłość nie mogę poradzić.  Będąc w ciąży moje wzruszenia mają mega moc.
Słyszę w radiu jakąś smutną piosenkę – mam łzy w oczach.
Z dworu dobiega odgłos karetki pogotowia – płakać mi się chce, wiedząc,  że komuś dzieje się krzywda.
Oglądam jakiś film – oczy wilgotne.
Malutka śpiewa mi piosenkę – płaczę…

Ostatnio byliśmy w przedszkolu na Dniu Mamy i Taty. Trzymałam się nieźle,  chociaż już na samym początku wystąpień był moment krytyczny pod względem wzruszenia. Ale dałam radę. I tak dawałam radę do momentu,  w którym dzieci ruszyły z laurkami do swoich rodziców.  Gdy Malutka do nas podeszła,  byłam już cała zaryczana. Nie byłam w stanie nic powiedzieć,  tylko ruszyłam ustami bezgłośnie wymawiając słowo „dziękuję „. Dałam jej buziaka, a potem dyskretnie próbowałam powycierać policzki od łez.

***

Krwotoki z nosa
Był taki jeden dzień,  co dwie bluzki zapaćkałam krwią. Siedziałam akurat na działce  (w cieniu) z głową pochyloną w dół.  Grzebałam coś w telefonie i ni stąd ni zowąd zobaczyłam na mojej białej bluzce na wysokości biustu takie wielkie czerwone kropki. Poleciałam do łazienki, gdzie dość długo było kap kap kap i krwotoku nie mogłam zatamować . Wreszcie  udało się.  Jednak tego dnia sytuacja powtórzyła się jeszcze dwa razy.

***

Zgaga
Łapie coraz częściej.  Nie jest to przyjemne. Tabletki na zgagę jeszcze nie brałam i mam nadzieję,  że nie będę musiała jej brać.

***

Skurcze
W weekend spaliśmy na działce i przeciągając się w łóżku poczułam,  że zbliża się pierwszy w tej ciąży skurcz. Od razu przestałam się przeciągać i palce przy stopie uniosłam do góry.  W ten sposób zahamowalam skurcz, który de facto nie zdążył się  rozwinąć.  Więcej skurczy już nie było,  a ja profilaktycznie staram się ich unikać.

***

Wzrok
Czasami mam wrażenie,  że gorzej widzę. Nic z tym nie robię i mam nadzieję,  że ten dziwny stan minie.

***

Pogoda
Jest ciepło.  Chodzę w krótkich spodenkach i bluzkach z krótkimi rękawkami.  Uwielbiam tak się ubierać i uwielbiam taką pogodę.  A to, że przy okazji eksponuję mój wydatny brzuszek to dodatkowy plus. Czasami mam zwałę z osób mijanych mnie na ulicy, bo widzę jak mój korbolek przyciąga ich wzrok niczym magnes. A ja wtedy pękam z dumy…

***

Owoce
Nareszcie zaczyna się sezon na owoce.  Mój mąż wciąż wspomina, jak o północy pytałam się go, czy by nie pojechał do sklepu po nektarynkę… Tylko wtedy to jeszcze była zima…

***

Stopy
Mam dziwnie gładkie stopy. Kompletnie nic z nimi nie robię, a one są tak delikatne,  jak u niemowlaka. To taka kolejna przypadłość ciążowa.

***

Mąż
Najkochańszy na całym świecie. Jest cudowny i taki do mnie wyrozumiały.  Jestem prawdziwą szczęściarą,  że go mam. Szkoda tylko, że ostatnio jest taki zmęczony pracą i wyraźnie wyczerpany z sił.  Robię,  co mogę, aby mu pomóc,  ale w sumie, co ja mogę zrobić…

***

Córka
Jak dobrze,  że jest. Uwielbiam się do niej przytulać i czuć jej zapach. Uwielbiam słuchać,  jak śpiewa i patrzeć jak tańczy. I wreszcie uwielbiam jej uśmiech – taki bezinteresowny,  piękny i taki prawdziwy.

***

Marzenia
Chciałabym, aby Kruszynka urodziła się zdrowa i wszystko było w porządku. Wtedy będę miała już wszystko.  Będę spełnioną mamą i żoną. I będzie cudnie….

Nerwowy tydzień

Dodano 30 maja 2017, w Bez kategorii, przez Linka

Jak ten czas szybko leci – to już 22 tydzień! Ostatnie 2 tygodnie minęły mi niesamowicie szybko. To chyba przez piękną pogodę i dobre samopoczucie.

Zakończenie przedszkola przez Malutką zbliża się wielkimi krokami, aż płakać mi się chce, gdy o tym pomyślę.  Moja mała córeczka jest już tak duża,  że niedługo pójdzie do szkoły. Ostatnio wróciła z przedszkola z nową piosenką.  Jak zwykle padło pytanie:
- Zaśpiewać ci mamusiu?
- Zaśpiewaj…
To była piosenka na zakończenie przedszkola i w jednym momencie moje oczy zostały zalane łzami. Taka oto jestem wrażliwa i wzruszam się mega szybko…

W tym tygodniu znowu poszłam na badanie krwi, bo to tsh mi wciąż świruje. Tym razem tsh i fT4  (w zeszłym tygodniu omyłkowo zrobiłam fT3 ) wyszły dobrze, w normie. Sama już nie wiem, co i jak… Na razie odpuszczam temat i za jakiś czas znowu dam się pokłuć. No i wtedy zobaczymy, albo będzie dobrze, albo będzie wizyta u endokrynologa…

22 tydzień to także wizyta u lekarza. Brrr… AŻyczę mną zatrzęsło…

W czasie wizyty standard:

- Dzień  dobry.

- Dzień dobry.

- Ble, ble, ble….  Zapraszam do badania.

- A nie może być tylko usg?

- Nie.

Stanowcze „nie” kończy rozmowę. Potem jeszcze tylko moje blaganie:

- Tylko proszę delikatnie…

Zawsze słyszałam zapewnienie, że będzie delikatnie,  ale tym razem :

- Żadnej delikatności! W żadnym wypadku!

No dobra, jakoś przeżyłam. Teraz usg. I tu pojawił się problem.  Serduszko mojej Kruszynki słabo biło. Musialam wstać z leżanki, potem z powrotem się położyć,   przekręcić się na prawo, potem na lewo i znowu badanie. Tym razem serduszko lepiej biło, ale strachu się najedliśmy.

Być może leżąc na plecach została uciśnięta pępowina i osiągnęliśmy taki przykry efekt. Miejmy nadzieję,  że tak właśnie było. Tymczasem mam starać się nie leżeć na plecach, tylko na boku.

Poza tym mam morfologie kiepską, co przyczyniło się do tego, że teraz biorę okropne tabletki Biofer 2x dziennie. Niby nie są duże,  ale po połknięciu, bardzo długo czuję je w przełyku,  jakby tam się zatrzymały. Głupie i nieprzyjemne uczucie. Dlatego teraz łykam je w czasie jedzenia i jest lepiej.

Wizyta minęła  (uff…) i cały miesiąc mam spokoju. Dostaliśmy płytkę cd z obrazem usg, ale niewiele na niej widać.

Teraz mogę się cieszyć z pięknej pogody i długiego spokoju od nerwów poprzedzających wizyty u lekarza. Nie cierpię lekarzy!

Z innej beczki: dodatkowych nerwów nabawiłam się w związku z wizytami gości u nas. Otóż jak co roku był problem z przyjęciem gości, a właściwie nie tyle z ich przyjęciem, a po prostu z ich zaproszeniem.  I jak co roku (z tym, że tym razem zdecydowanie mocniej) czułam się,  jakbym robiła wszystkim kłopot. Wiem, że wypada ich zaprosić na kawę,  ale jest to tak sztuczne i tak bardzo w nie-w-czasie,  że prawie każdemu w tym roku nie pasowało do nas przyjść.  Goście przychodzili wiec na raty, a ja uparcie czułam się,  jak WIELKI POWÓD MARNOWANIA CZASU.

Trochę to skomlikowanie napisałam,  ale znów się cieszę,  że ten czas jest za mną. I na cały rok mam spokój…